Patras, Grecja, sierpień 2019
Pythia znowu wciągnęła zielony dym z kadzidła i wypuściła go przez pełne czerwone usta. Zadymiła całe pomieszczenie, a w jej zmęczonym umyśle zaczęły kształtować się słowa. Człowiek, który zadał jej pytanie zakaszlał. Najpierw raz, potem drugi, a w końcu rozkaszlał się na dobre. Pythia zignorowała go i skoncentrowała swoje zaczerwienione oczy na słowach, które jej umysł stworzył z dymu. Jej wargi chaotycznie szeptały to, co widziała. Wyglądała jak w transie. Jej głos stawał się coraz bardziej cichy, choć zaczęła od szeptu, aż w końcu tylko poruszała wargami.
Była już słaba. Niedługo osiągnie swój limit i stanie się bezwolną laleczką, a jeśli przypisze jej szczęście wcześniej zdąży zaćpać się na śmierć. Wytrzymała już i tak dłużej niż jej wróżono na podstawie badań psychologicznych. Przez długi czas wydawała się odporna na Narkotyk Delficki, ale w końcu i na nią zaczął działać. Oczy się zakrwawiły i straciły blask, skóra zsiniała, a ciało stało się podatne nawet na najdelikatniejszy chłód. Dawniej piękna dziewczyna teraz przypominała żywego trupa. I tylko coraz to doskonalsze kosmetyki potrafiły przykrywać jej niedoskonałości. Ale jej naturalność została zatracona na rzecz rozkładu lub sztuczności. A wybór i tak nie należał do niej.
Pythie umierały młodo. Niektóre czując zbliżający się limit ich psychicznej wytrzymałości brały śmiertelną dawkę Narkotyku Delfickiego, a inne, do końca wierząc, że ich umysły i ciała wytrzymają kolejne dawki, powoli traciły zmysły aż stawały się tylko wyschniętymi skorupami.
Pythia była tylko jedna. Zawsze. Z chwilą, gdy stawała się niezdolna do przyjmowania narkotyku, przestawała być Pythią, a następna kandydatka przyjmowała swoją pierwszą dawkę.
Jedne Pythie istniały krócej, inne dłużej. Czasami pierwsza dawka była ostatnią, niektóre Pythie reagowały bardziej na podstawową dawkę, inne mniej. Ta Pythia należała do tych drugich i pełniła swoją rolę od ponad roku, kiedy to skończyła siedemnaście lat.
***
Szła długim ciemnym korytarzem. Sama. Teraz, gdy była bliżej niż dalej swojego limitu nie dbano o nią tak, jak na początku. Wtedy była pełna sił i narkotyk nie zostawiał w niej śladu. Teraz jej śmierć była tylko kwestią czasu i kapłanki szykowały się do powołania nowej Pythii. Do zniszczenia nowego, młodego życia. Dla każdej wybranej zostanie Pythią było ogromnym zaszczytem, ale tylko do pierwszych kilku dawek. Potem zaszczyt zmieniał się w koszmar.
Jej poprzedniczka odpadła po pierwszej dawce. Gdy ją wybrano wmówiła sobie, że wcześniej kapłanki się pomyliły. Albo Apollo zmienił zdanie. I dlatego poprzednią zabiła pierwsza dawka. Teraz już wiedziała, że przyszłość ma swoją cenę i tylko niektóre kapłanki są w stanie zapłacić więcej niż raz.
Jak brzmiało jej imię zanim stała się Pythią? Już nie pamiętała, a nosiła je jeszcze rok temu. Jakie imię będzie widniało na urnie z jej prochami? Nie była pewna. Nie wiedziała, co robiono ze zmarłymi.
Szła długim ciemnym korytarzem. Nie mogła się z niego wydostać. Dusiła się w świątyni, chciała z niej wyjść. Przez pierwszy miesiąc była szczęśliwa. Dopiero potem zrozumiała, że bycie Pythią to więzienie.
Zobaczyła słabe światło. Miała ochotę rzucić się w jego stronę biegiem, ale była na to za słaba i zbyt otumaniona. Dlatego powoli do niego podeszła. Światło okazało się oknem wychodzącym na zachodzące słońce i świątynne ogrody. Co by się stało, gdyby teraz wyszła? Szukaliby jej? Uwierzyłby ktoś w to, kim jest? Kim była? Rozpoznaliby w niej Pythię? I najważniejsze – czy by przeżyła?
Kapłanki codziennie podawały jej dokładnie odmierzoną dawkę Narkotyku Delfickiego, a także przyjmowała go po zadaniu jej pytania. Pythia doskonale wiedziała, że oprócz jej wizji było to zapewnienie, że nie ucieknie. Była uzależniona. Była narkomanką. Mimo wszystko wizja życia bez narkotyku ją przerażała. Pewnie wiele Pythii przed nią mogło tak po prostu wyjść. I tylko strach przed głodem je zatrzymywał.
Jak brzmiało jej imię zanim stała się Pythią? Już nie pamiętała, a nosiła je jeszcze rok temu. Jakie imię będzie widniało na urnie z jej prochami? Nie była pewna. Nie wiedziała, co robiono ze zmarłymi.
Szła długim ciemnym korytarzem. Nie mogła się z niego wydostać. Dusiła się w świątyni, chciała z niej wyjść. Przez pierwszy miesiąc była szczęśliwa. Dopiero potem zrozumiała, że bycie Pythią to więzienie.
Zobaczyła słabe światło. Miała ochotę rzucić się w jego stronę biegiem, ale była na to za słaba i zbyt otumaniona. Dlatego powoli do niego podeszła. Światło okazało się oknem wychodzącym na zachodzące słońce i świątynne ogrody. Co by się stało, gdyby teraz wyszła? Szukaliby jej? Uwierzyłby ktoś w to, kim jest? Kim była? Rozpoznaliby w niej Pythię? I najważniejsze – czy by przeżyła?
Kapłanki codziennie podawały jej dokładnie odmierzoną dawkę Narkotyku Delfickiego, a także przyjmowała go po zadaniu jej pytania. Pythia doskonale wiedziała, że oprócz jej wizji było to zapewnienie, że nie ucieknie. Była uzależniona. Była narkomanką. Mimo wszystko wizja życia bez narkotyku ją przerażała. Pewnie wiele Pythii przed nią mogło tak po prostu wyjść. I tylko strach przed głodem je zatrzymywał.
A ona? Czy pragnienie wolności pokonałoby głód? Usłyszała za sobą kroki i rozmowy strażników świątynnych na patrolu. Dlatego odwróciła się od okna i ruszyła ciemnym korytarzem do swojej komnaty. Była zmęczona, więc szła powoli. Minęła strażników, którzy na jej widok spuścili wzrok i zamilkli. Jeden był już starcem, a drugi wyglądał na starszego od niej o kilka lat. Od wewnętrznej jej, a nie od tej, na jaką wyglądała. Gdy ich minęła usłyszała, jak szeptali. Być może była litość w ich oczach, a być może pogarda, w końcu sama tego pragnęła. Każda pragnie być Pythią, a oni widzieli ich zbyt wiele, by nabrali się na kłamstwa kapłanek. Pogarda, bo każda pozwalała sobą manipulować, pozwalała się zabijać. Pogarda, bo żadna nie miała odwagi by wyciągnąć rękę po wolność.
Zastanowiła się, jak wiele Pythii przed nią stało przed tamtym oknem i marzyło o wolności. Ale potem zastanowiła się, jak wiele wyciągnęły po nią rękę. Jak wiele uschło z tęsknoty za narkotykiem i w końcu, jak wiele przeżyło? Dla kapłanek to nie miało znaczenia. Jedna znika, druga się pojawia. Nie ważne czy przedawkowała, uciekła czy wyczerpała się. Życie świątynne toczy się dalej.
Pythia była zaledwie kilka kroków za strażnikami, gdy się zatrzymała i spojrzała na nich pustymi oczami. Tym razem nie spuścili wzroku. Nie spodziewali się tego. Poruszyła ustami, ale nie miała sił, żeby się odezwać głośno. Strażnicy zerknęli na siebie i podeszli. Spytali czy odprowadzić ją do komnaty, a Pythia zamilkła. Tylko skinęła głową i pozwoliła złapać się pod ramiona. Nie miała nawet sił się rozpłakać. Gdy pytała ile takich jak ona odeszło przez te okno, przez tą jedyną drogę na wolność z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Gdy oni ją prowadzili, ona przyglądała się ich oczom. Nie odnalazła w nich pogardy i litości, a jedynie smutek. Smutek, który sama tak dobrze rozumiała. Smutek, bo kolejna młoda dusza tak szybko się zestarzała, straciła swoje życie na rzecz kłamstwa. Bo nie mogli uratować kolejnej umierającej kobiety. Wtedy poznała odpowiedź na swoje pytanie. Żadna nie wyciągnęła ręki po wolność, żadna nie im dała nadziei, że potrafi zmienić swój los, że jest naprawdę. Świat znał tylko silną Pythię. Strażnicy świątynni znali tylko słabą, tą prawdziwą Pythię.
Nagle się zatrzymała. Ku zaskoczeniu ich i siebie. Puścili ją i wbili zszokowane spojrzenia w jej twarz. Pythia zebrała całą siłę, jaka jej pozostała, by nadać swojemu głosu jakąkolwiek moc.
— Jak… imię? — wyszeptała. Nie była pewna nawet czy ją zrozumieją. Ale musiała spróbować.
Strażnicy przez chwilę wpatrywali się w nią z niedowierzaniem i lękiem, które po chwili zmieniły się w coś innego, ale Pythia nie potrafiła stwierdzić, w co. W końcu na ich ustach pojawił się mały uśmiech.
— Masz na imię Cassa — powiedział starszy. I wtedy zrozumiała, że w ich oczach czai się podziw.
Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
— Okno… — wyszeptała, a oni znowu zrozumieli.
Młodszy wziął ją na ręce i ruszył w stronę okna. Starszy podążał za nimi rozglądając się czy w okolicy nie ma żadnej kapłanki. Gdy dotarli na miejsce Cassa została delikatnie posadzona na parapecie. Teraz tylko od niej zależało czy odważy się na kolejny krok. Słońce już dawno znajdowało się za horyzontem. Spojrzała na strażników szukając w nich zachęty. Znalazła tylko nadzieję, że się odważy. Gestem pokazała im, że mają się nachylić. Gdy to zrobili złożyła delikatne pocałunki na ich czołach i przełożyła powoli nogi przez parapet. I nie oglądając się za siebie zeszła z niego w ogrodach świątynnych, do których nie miała wstępu. Wybrała wolność. Jeśli ma umrzeć to wolna. Zrobiła kilka kroków, a odwaga dodała jej sił. Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za rękę. Odwróciła się i zobaczyła młodszego strażnika. Po jej stronie okna. Jej oczy po raz pierwszy od dawna odżyły młodością. Nadal zaczerwienione, ale znowu błyszczące. Czekała ją długa droga, ale czy strażnik miał zamiar podążyć za nią? Pociągnął ją delikatnie w lewo, a ona ruszyła za nim.
Nie. To ona podąży za nim.
Pomógł jej wydostać się ze świątyni unikając kapłanek. Cassa była coraz bardziej podekscytowana. Odkąd jako siedemnastolatka weszła do środka opuszczała ją tylko w towarzystwie mnóstwa kapłanek i strażników, ukryta pod chustami zasłaniającymi jej twarz i ciało. A teraz była tylko ona i jej wybawca. Ubrana w zwykłą białą sukienkę, bosa i zniszczona, ale i naturalna. Po raz pierwszy od dawna poczuła się żywa.
Strażnicy świątynni, którzy ich mijali otwierali przed nimi wszystkie drzwi, do których się zdziwili. W ich oczach widziała dumę, gdy salutowali jej, jakby była jedną z nich. Zwykle ludzie się kłaniali Pythii, ale ona już nią nie była. Od teraz na zawsze będzie Cassą. Dlatego uśmiechała się do nich z wdzięcznością.
***
Gdy wyszli była już głęboka noc, a na niebie wisiał księżyc w gwiezdnej asyście. Wtedy strażnik wziął ją na ręce. Cassa przez chwilę chciała zaprotestować, ale już po chwili zrozumiała, jaki był jego cel. Noc była chłodna, a ona miała na sobie tylko lekką sukienkę. Do tego jej ciało było wyjątkowo nieodporna na zimno i szybko zaczęła drżeć. Strażnik delikatnie, ale mocno ją przytulił. Trochę pomogło, ale wiedziała, że nie na długo. Była wolna, ale nie wiedziała, co dalej? Ma wrócić do domu? Nie poznają jej. Jej ciało było zniszczone i Cassa nawet nie wiedziała czy kiedykolwiek przestanie wyglądać jak żywy trup. Ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Nikt nie uwierzy, że wróciła. Zaszczyt, jakiego dostąpiła miał doprowadzić do śmierci. Jeśli wróci zabiją ją. Albo za oszustwo, albo za złamanie przysięgi. Nawet jej rodzina by ją wydała. Miała tylko siebie. I strażnika.
Zabrał ją w jakieś miejsce. Cassa nie wiedziała czy to był jego dom, czy może coś innego. Została położona w łóżku i starannie przykryta grubym kocem. Była Pythia zasnęła szybko i spała długo. Przespała cały dzień i zbudziła się wieczorem. Pierwszy dzień bez narkotyku delfickiego od roku minął i zaczęła się noc.
Cassa była głodna i spragniona. Brak narkotyku osłabił ją niemal w takim stopniu, jak jego zażycie. Nie była pewna czy chce jeść czy wdychać opary. Jęknęła i podniosła się z trudem. Strażnik siedział obok. Martwił się, ale gdy się obudziła odetchnął z ulgą. Podał jej szklankę wody. Cassa wypiła jej zawartość zachłannie. Pragnienie zostało ugaszone.
— Jeść… — wyszeptała. Jej głos już nie był taki słaby, ale wciąż sporo mu brakowało do pełnego brzmienia.
Cassa poczuła, że da radę przeżyć. Strażnik uśmiechnął się i przyniósł jej kanapki, które dziewczyna połknęłaby w całości, gdyby nie przypominał jej o gryzieniu. Gdy zjadła przyniósł jej jeszcze. Tym razem powstrzymała się od pożarcia wszystkiego na raz. Postanowiła dowiedzieć się czegoś przy okazji, dlatego zdecydowała się na wolniejszy posiłek.
— Jak… ty? — spytała.
— Jestem Eliasz — odpowiedział z uśmiechem.
— Gdzie? — Używała pojedynczych słów jakby się bała, że ma ich tylko ograniczoną ilość i musi oszczędzać.
— To podziemia ruin starej świątyni Apolla. Jesteś tu bezpieczna.
— Starsza?
— Została spalona wieki temu. Kapłanki uznały, że lepiej zbudować nową, piękniejszą niż odbudować tą… — wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale tego nie zrobił.
Ale Cassa wiedziała. Niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. Dawniej Pythie nie były takie kruche, jak teraz. Były silne na zewnątrz i w środku. Czy to możliwe, że zniszczyła je nieświęta ziemia nowej świątyni? Czy narkotyk zabijałby je, gdyby przyjmowały go tutaj? A może w ogóle by go nie potrzebowały? Nagle Cassę przytłoczyła myśl, że została uświęcona na Pyhię i te święcenia nadal są w mocy. Nowa Pythia nie otrzyma daru widzenia. Czy to znaczy, że spróbują ją odzyskać? A może zabić? W końcu nie dość, że stała się niemal bezużyteczna, to jeszcze uciekła z darem widzenia. Bezużyteczna widząca…
— Elia… — zaczęła. — Świątynia? Kapłanki? Pythia? — Wyrzucała z siebie słowa w przerażeniu. Zrozumiała, że dopóki żyje, nie jest bezpieczna.
— Jeremiasz mówi… — Przerwał, gdy zobaczył jej pytające spojrzenie. — Strażnik, któremu towarzyszyłem mówi, że zauważyli twoje zniknięcie, ale kapłanki sądzą, że nie opuściłaś świątyni. Wierzą w lojalność strażników. A przecież nie mogłaś wyjść niezauważona przez nas. Nie wpuszczają pytających. Wymigały się mówiąc, że osiągnęłaś swój limit i czekają aż odejdziesz w spokoju.
— Lojalność… straż… — Jej szept był drżący.
— Przysięgaliśmy wierność, Casso. Wierność Pythii, nie kapłankom.
Nagle w jej sercu obudził się gniew. Skoro przysięgali wszystkim jej poprzedniczkom, dlaczego ich nie potrafili ocalić? Dlaczego nie powstrzymali kapłanek?!
— Dlaczego… nie? — spytała, a w jej oczach zebrały się łzy.
— Casso… Pythie nie chciały naszej pomocy. Dopóki nie było na nią za późno. Niektóre nie wierzyły, że możemy coś zrobić. Wolały się zabić. Ale ty uwierzyłaś.
Cassa chciała zaprzeczyć, ale nie zdążyła.
— Nie w nas, Casso. Nie uwierzyłaś w nas, ale w siebie. Że możesz być wolna, że możesz się uwolnić! To ty podjęłaś wszystkie decyzje. Tak, jak to robiły Pythie przed wiekami…
Zamarła. Ostatnie zdanie dzwoniło jej w głowie. Spróbowała wstać, ale się zachwiała. Eliasz bez słowa ją złapał, ale nie posadził z powrotem, ale przytrzymał. Podziękowała mu skinieniem i delikatnie wyplątała się z jego objęć. Powoli spacerowała po podziemiach dawnej świątyni Apolla, a strażnik, JEJ strażnik, podążał za nią gotowy złapać ją, gdyby upadła. Ale nic takiego się nie stało. Cassa ku swojemu zdziwieniu chłonęła siłę zrujnowanego budynku. Nie uleczyło to jej ciała, ale jej duch miał się coraz lepiej. Pomyślała, że brak narkotyku znosi tak dobrze tylko dlatego, że jest tutaj. Zamknęła oczy i pozwoliła mocy rozpływać się po całym ciele. Była blisko źródła swoje mocy. Prawdziwego źródła.
Podążyła za mocą i w końcu znalazła to, czego szukała, a o czym tylko słyszała. Komnata nie była duża, w środku była tylko wielka kamienna misa. Cassa zbliżyła się do niej, a zaraz za nią ruszył Eliasz. Ze środka wydobywał się gęsty czerwony dym, przez który nie dało się zajrzeć do środka misy.
— Co to jest? — spytał Eliasz pod wrażeniem.
— Krew Pytona — odparła Cassa. Po raz pierwszy od dawna jej głos nie był echem jej młodości.
Eliasz nie spodziewał się ani odpowiedzi, ani że Cassa odpowie z taką siłą. Spojrzał na nią i w pod jej zniszczonym ciałem dostrzegł jej prawdziwą urodę, urodę, która wydawała się na zawsze stracona.
— Dawniej Pythie ją wdychały i dzięki niej odpowiadały na pytania — dodała, a jej oczy błyszczały z ekscytacji, choć jej głos tego nie zdradzał.
— Narkotyk?
— Nie. To było coś więcej, coś, czego kapłanki nie rozumiały. Narkotyk to tylko marny substytut krwi Pytona. Myślały, że jeśli ją zbadają otrzymają ten sam efekt.
— Trzeba im przyznać, że się nie pomyliły — prychnął Eliasz.
— Krew Pytona była bezcennym darem dla takich jak ja, widzących. Ale Narkotyk Delficki to coś innego. Nie pobudza czystej mocy, a jego skutki uboczne są mordercze. Krew Pytona wzmacnia, a Narkotyk zabija.
— Znalazłaś ją. Co to znaczy? — spytał strażnik.
Cassa przyjrzała się misie. Obeszła ją dookoła. Odzyskała swoją siłę sprzed roku w zastraszającym tempie.
— Głód narkotykowy w końcu się odezwie. Potrzebuję odwyku. Krew Pytona nic nie oznacza. To tylko pamiątka starego wieku.
Jej głos ciął jak miecz wszystkie nadzieje Eliasza. Liczył, że Cassa stanie się prawdziwą Pythią? Patrzył jak silna kobieta, zniszczona swym darem wychodzi z komnaty krwi Pytona. Ma prawo nienawidzić swojej mocy. W ciągu roku omal jej nie zabiła. W końcu podążył za nią. Widział jak siada na łóżku i wpatruje się w pustą szklankę po wodzie. Natychmiast znalazł się obok. Sądząc, że znowu chce się napić sięgnął po szklankę, ale wtedy Cassa na niego spojrzała.
***
Miała szare, niemal ślepe oczy. Takie je widział ostatnio. Szare oślepłe przekrwione oczy, które zaczynały błyszczeć. Więc dlaczego teraz mieniły się żywym błękitem?
— Casso? – spytał cicho.
— Nie mogę być wolna, Eliaszu — zaśmiała się sucho. —Pythia jest tylko jedna, a one nie mają czasu na czekanie aż umrę. Będą mnie szukały i prędzej czy później mnie odnajdą. Nie żebym się zaćpała w świątyni. Odnajdą mnie i zabiją. W świątyni stawałam się coraz bardziej bezużyteczna, ale teraz jestem problemem. Nie uświęcą nowej Pythii póki żyję.
Eliasz wpatrywał się w nią ze wstrzymanym oddechem. Gdy Cassa mówiła serce podchodziło mu do gardła. W końcu zrozumiał, jak zła jest sytuacja.
— Nie wrócisz tam – syknął. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
— Żywa na pewno nie.
— Casso… powiedz mi, co mam zrobić, by cię ochronić? — jęknął.
— Nie mogę pragnąć Narkotyku, Eliaszu. To ich jedyna przynęta. Z pewnością tutaj wyjdę z tego szybciej i… łatwiej, ale w końcu zorientują się, że nie ma mnie w świątyni i zaczną szukać w mieście. Dotrą tutaj.
— Powiedz, jak… — zaczął, ale uciszyła go spojrzeniem.
— Nie możesz. Sama muszę to zrobić. Muszę stać się Pythią.
Jego serce zabiło mocnej.
— Muszę Widzieć, Eliaszu. Nie jak marny cień, jakim byłam, ale też nie tak, jak one robiły to dawniej. Muszę Widzieć dużo bliżej źródła.
— Z jakiegoś powodu trzymały się od niego z daleka. Może tak jest bezpieczniej?
— Na Apolla, Eliaszu! One potrzebowały tylko odpowiedzi na zadawane im pytania! Ja potrzebuję czegoś, co ocali życia! Nie tylko moje! Ale też o tych wszystkich dziewczyn, które pójdą na pewną śmierć!
Cassa nie sprawiała wrażenia wybuchowej osoby, dlatego zaskoczyła Eliasza. Była silniejsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, nawet ona sama. Nadal uważał, że nie powinna wdychać krwi tak blisko jej źródła, ale przysięgał lojalność Pythii. Nie zamierzał złamać danej przysięgi.
— W porządku. Co mogę zrobić, żeby ci pomóc? — spytał cicho.
— Strażnicy Świątynni. Chcę żeby wiedzieli, że Pythia powstaje i będzie oczekiwała ich wierności.
— Jasne, Casso — powiedział z uśmiechem. — Odpocznij, odzyskaj więcej sił, a ja się tym zajmę – pocałował ją w czoło i ruszył do wyjścia..
— Eliaszu… — Zatrzymał się, ale nie odwrócił. — Tylko strażnicy. Nikt inny — powiedziała łagodnie, a on skinął głową.
Był już prawie na powierzchni, gdy usłyszał szept jej mocy.
Na razie.
Wykrzywił usta w krwiożerczym uśmiechu. Instynkt podpowiadał mu, że przeleje się krew. Nie wiedział czyja, ale dla niego nie było to ważne. Liczyła się tylko jego przysięga i Pythia. Nie. Nie Pythia. Cassa. Cassa, która wybrała walkę do śmierci niż poddanie się jej. Od tej pory nie będzie już po prostu Pythii. Będzie Pythia Cassa. Wierzył, że uda jej się połączyć z Apollem, a co z tego wyniknie nie miało już znaczenia. Iskra zmiany zapłonęła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz