Reakcja na Halloween. Te opowiadanie zostało napisane kilka lat temu we Włoszech. Gdy je przejrzałam kilka dni temu miało pełno błędów, poprawiłam ile zobaczyłam i zaktualizowałam. Teraz pojawia się tu.
Wszyscy mężczyźni byli trupio bladzi i ubrani w staromodne, czarne garnitury. Nie uśmiechali się, byli ponurzy. Ich partnerki nosiły długie, również staromodne suknie, każda w innym odcieniu fioletu lub czerni. Tak samo jak mężczyźni były trupio blade. Wszystkie zasłaniały twarze maskami w kształcie czaszek. Wpatrywał się w tłum, który po chwili zaczął tańczyć walca, ale nie rozpoznał, jakiego, był jakby mieszanką wszystkich mu znanych.
Nie miał pojęcia ile tak stał urzeczony muzyką, ani ile trwała melodia, ale ocknął się dopiero, kiedy się skończyła, a ludzie zbierali się do kolejnego tańca. Wtedy też podbiegła do niego dziewczyna, różniła się od innych jedynie brakiem maski. Zdziwił się na jej widok, rozpoznał ją.
— James, jak ci się podoba bal? — spytała.
— Aurelio? Co tu robisz? Przecież ty nie żyjesz!
Dziewczyna roześmiała się.
— Nie, James. Nigdy nie byłam bardziej żywa. — Aurelia podała mu rękę i poprowadziła go przez salę w stronę drzwi, których wcześniej nie było, a może to on ich nie zauważył?
— Dokąd mnie prowadzisz? — Tańczący rozstępowali się przed nimi jak morze Czerwone przed Mojżeszem. Aurelia zachichotała.
— W ustronne miejsce, kochany. — Jamesowi to nie wystarczyło.
— Skąd wzięły się te drzwi, do których zmierzamy? Skąd wzięli się ci ludzie? Skąd ja się tu wziąłem? Gdzie ja jestem? — Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Och, mój drogi! Te drzwi przecież tu były!
— A ci ludzie?
— Musiałeś nie zauważyć jak wchodzili.
— A jak ja tu trafiłem? — Aurelia nie przestawała się uśmiechać.
— Pewnie nie pamiętasz schodzenia po schodach, bo miałeś zawroty głowy. — W tej chwili Jamesowi zrobiło się słabo.
— Pewnie masz rację, najdroższa, ale gdzie ja jestem?
— W naszym domu, skarbie. Laura tak bardzo marzyła o tym balu, cieszę się, że w końcu się zgodziłeś.
— Laura?
— Nasza córka.
— Nie, James. Nigdy nie byłam bardziej żywa. — Aurelia podała mu rękę i poprowadziła go przez salę w stronę drzwi, których wcześniej nie było, a może to on ich nie zauważył?
— Dokąd mnie prowadzisz? — Tańczący rozstępowali się przed nimi jak morze Czerwone przed Mojżeszem. Aurelia zachichotała.
— W ustronne miejsce, kochany. — Jamesowi to nie wystarczyło.
— Skąd wzięły się te drzwi, do których zmierzamy? Skąd wzięli się ci ludzie? Skąd ja się tu wziąłem? Gdzie ja jestem? — Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Och, mój drogi! Te drzwi przecież tu były!
— A ci ludzie?
— Musiałeś nie zauważyć jak wchodzili.
— A jak ja tu trafiłem? — Aurelia nie przestawała się uśmiechać.
— Pewnie nie pamiętasz schodzenia po schodach, bo miałeś zawroty głowy. — W tej chwili Jamesowi zrobiło się słabo.
— Pewnie masz rację, najdroższa, ale gdzie ja jestem?
— W naszym domu, skarbie. Laura tak bardzo marzyła o tym balu, cieszę się, że w końcu się zgodziłeś.
— Laura?
— Nasza córka.
Doszli do drzwi, wtedy Aurelia zatrzymała się i pocałowała zmysłowo Jamesa, a on natychmiast zapomniał o całym niepokoju.
Drzwi zniknęły, gdy tylko przez nie przeszli, ale on nawet się tym nie przejął. Pokój również był cały z marmuru, znajdowało się w nim jedynie kamienne łoże, na którym leżała wielka jedwabna czarna płachta. Tu również było jasno mimo braku okien i lamp. Dziewczyna posadziła go na łożu i usiadła obok niego.
— Tu ci będzie lepiej, James — wyszeptała kładąc go.
— Tak najdroższa…
— Och! Włożyłeś mój ulubiony garnitur! — James spostrzegł, że zamiast munduru ma na sobie ten sam strój, co tańczący mężczyźni.
— Gdzie mój mundur?
— Jaki mundur?
— Jest wojna, muszę… — Otworzył szeroko oczy. — Postrzelili mnie! — Aurelia zmarszczyła brwi i wstała.
— Dosyć! Mam dosyć tych twoich snów!
— Snów?
— To ci się tylko śniło! Ja nie umarłam na ospę! Nie ma wojny z Francją! Nikt cię nie postrzelił! — płakała dziewczyna.
Drzwi zniknęły, gdy tylko przez nie przeszli, ale on nawet się tym nie przejął. Pokój również był cały z marmuru, znajdowało się w nim jedynie kamienne łoże, na którym leżała wielka jedwabna czarna płachta. Tu również było jasno mimo braku okien i lamp. Dziewczyna posadziła go na łożu i usiadła obok niego.
— Tu ci będzie lepiej, James — wyszeptała kładąc go.
— Tak najdroższa…
— Och! Włożyłeś mój ulubiony garnitur! — James spostrzegł, że zamiast munduru ma na sobie ten sam strój, co tańczący mężczyźni.
— Gdzie mój mundur?
— Jaki mundur?
— Jest wojna, muszę… — Otworzył szeroko oczy. — Postrzelili mnie! — Aurelia zmarszczyła brwi i wstała.
— Dosyć! Mam dosyć tych twoich snów!
— Snów?
— To ci się tylko śniło! Ja nie umarłam na ospę! Nie ma wojny z Francją! Nikt cię nie postrzelił! — płakała dziewczyna.
James wstał i objął ją, chciał otrzeć jej łzy, ale ich nie było, twarz też miała suchą.
— Nic nie mówiłem o ospie i Francji. Aurelio, ty nigdy nie płakałaś, nigdy nie udawałaś, że płaczesz. Co ci się stało, najdroższa?
— Nic nie mówiłem o ospie i Francji. Aurelio, ty nigdy nie płakałaś, nigdy nie udawałaś, że płaczesz. Co ci się stało, najdroższa?
Nie odpowiedziała. James położył rękę na jej sercu. Nie biło.
— Ty nie żyjesz kochana…
— Mówiłam ci, że jestem bardziej żywa niż kiedykolwiek! Moje serce przestało bić, ale ja nie umrę! Zawszę będę młoda i chcę byś stał u mego boku w królestwie śmierci, mój Jamesie.
— Nie! Kto ci to zrobił, Aurelio?
— Pan podziemi! Ten, który dał życie naszej córce, tej, która zmarła przy porodzie zaraz po mnie, pamiętasz? Planowaliśmy wtedy wziąć ślub.
— Ale ja żyję, Aurelio, a ty nie!
— Umierasz! Jesteś postrzelony, powiedz tylko słowo, a już nigdy się nie obudzisz!
— Nie mogę, najdroższa. Nie można oszukiwać śmierci i życia.
— Dlaczego? Jest tak cudownie! Bez głodu, pragnienie, zmęczenia! Tylko wieczność!
— Tak nie można! Czekamy na życie wieczne, a nie na wieczną śmierć!
— A co to za różnica?
— Jesteś martwa! Bez duszy nie możesz kochać!
— Ale kocham! Ciebie i Laurę!
— Mówiłam ci, że jestem bardziej żywa niż kiedykolwiek! Moje serce przestało bić, ale ja nie umrę! Zawszę będę młoda i chcę byś stał u mego boku w królestwie śmierci, mój Jamesie.
— Nie! Kto ci to zrobił, Aurelio?
— Pan podziemi! Ten, który dał życie naszej córce, tej, która zmarła przy porodzie zaraz po mnie, pamiętasz? Planowaliśmy wtedy wziąć ślub.
— Ale ja żyję, Aurelio, a ty nie!
— Umierasz! Jesteś postrzelony, powiedz tylko słowo, a już nigdy się nie obudzisz!
— Nie mogę, najdroższa. Nie można oszukiwać śmierci i życia.
— Dlaczego? Jest tak cudownie! Bez głodu, pragnienie, zmęczenia! Tylko wieczność!
— Tak nie można! Czekamy na życie wieczne, a nie na wieczną śmierć!
— A co to za różnica?
— Jesteś martwa! Bez duszy nie możesz kochać!
— Ale kocham! Ciebie i Laurę!
James objął ją.
— Nie, najdroższa, tylko tak ci powiedziano.
— Ale mój pan dał życie Laurze! Ożywił ją!
— Nie, skoro tu jest, tu są jedynie martwi i ja.
— Ale jej serce…
— Nie bije. — James położył ją na łożu i przykrył.
— James… – wyszeptała.
— Ćśśś… Śpij, aniele… — Aurelia zamknęła oczy. James pocałował ją w czoło. — Czas odejść, najdroższa…
— Nie, najdroższa, tylko tak ci powiedziano.
— Ale mój pan dał życie Laurze! Ożywił ją!
— Nie, skoro tu jest, tu są jedynie martwi i ja.
— Ale jej serce…
— Nie bije. — James położył ją na łożu i przykrył.
— James… – wyszeptała.
— Ćśśś… Śpij, aniele… — Aurelia zamknęła oczy. James pocałował ją w czoło. — Czas odejść, najdroższa…
Ciało dziewczyny zaczęło wtapiać się w łoże, aż cała w nim utonęła.
— Tato? — Usłyszał cichy głos należący do Laury. — Gdzie jest mama?
— Tato? — Usłyszał cichy głos należący do Laury. — Gdzie jest mama?
James spojrzał na córkę, była tak niepodobna do niego, ale od matki różniła się tylko kolorem oczu. Dziewczynki były całe czarne.
— Wyjechała — odpowiedział drżącym głosem.
— Kiedy wróci?
— Nigd… Wkrótce. Podejdź do mnie, skarbie. — Dziewczynka wykonała polecenie, a on ją objął, dyskretnie sprawdzając czy jej serce bije. Biło. Drgnął.
— Dlaczego mnie okłamujesz, James? — wyszeptało Laura głosem, który mógłby należeć do dorosłego mężczyzny.
— Wyjechała — odpowiedział drżącym głosem.
— Kiedy wróci?
— Nigd… Wkrótce. Podejdź do mnie, skarbie. — Dziewczynka wykonała polecenie, a on ją objął, dyskretnie sprawdzając czy jej serce bije. Biło. Drgnął.
— Dlaczego mnie okłamujesz, James? — wyszeptało Laura głosem, który mógłby należeć do dorosłego mężczyzny.
Przyjrzał się jej. Była miniaturką Aurelii, oprócz oczu. Białka i tęczówki dziewczynki były idealnie czarne. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że odkąd ją zobaczył ani razu nie mrugnęła.
— Odeszła. Nie powinna była wracać.
— Kazałeś jej odejść? Dlaczego?
— Była martwa, ten związek nie mógł przetrwać.
— Ożywiłem jej ciało, potrzebowałem jej! — Dziewczynka krzyczała nie swoim głosem.
— Kim ty jesteś?
— Tym, który dał życie twojej córce przejmując ją! Tym, który tchnął życie w martwe ciało twojej Aurelii, by mogła opiekować się moim nowym pojemnikiem! W zamian ty miałeś stać u jej boku, w królestwie śmieci, jako ojciec Pana Podziemi!
— Nikt nie może władać śmiercią.
— Ja będę mógł! Gdy moje nowe ciało dojrzeje do umysłu wyjdę z podziemi i zapanuję nad legionami umarłych, którzy opuszczą swe groby, by stanąć u mego boku!
— Ale oni będą puści! Ich dusze już dawno odeszły! Nie możesz ich przywołać!
— I co z tego, że będą puści? Ich dusze nie są mi potrzebne.
— Cały czas czekałeś na śmieć kobiety i niemowlęcia razem?
— Tak. Wiesz jak trudno taką znaleźć? A jeszcze trudniej przekonać. Tylko Aurelia się zgodziła, dla ciebie. Stworzyłem dla was to miejsce. Jeśli w to uwierzysz, pojawi się tu wszystko, co sobie wymarzysz.
— Wiesz, że nie mogę ci na to pozwolić, prawda?
— Co? Nie możesz pozwolić mi uwierzyć?
— Nie! Chodzi mi o te legiony.
— Jak masz zamiar mi przeszkodzić? Musiałbyś zabić moje ciało, a ono należało do twojej córki. Nie dasz rady i nie masz broni.
— Jesteś pewny? — James pomyślał i uwierzył. W jego ręce zmaterializował się sztylet, którym przebił serce córki.
— Co? — wychrypiał Pan Podziemi.
— Odeszła. Nie powinna była wracać.
— Kazałeś jej odejść? Dlaczego?
— Była martwa, ten związek nie mógł przetrwać.
— Ożywiłem jej ciało, potrzebowałem jej! — Dziewczynka krzyczała nie swoim głosem.
— Kim ty jesteś?
— Tym, który dał życie twojej córce przejmując ją! Tym, który tchnął życie w martwe ciało twojej Aurelii, by mogła opiekować się moim nowym pojemnikiem! W zamian ty miałeś stać u jej boku, w królestwie śmieci, jako ojciec Pana Podziemi!
— Nikt nie może władać śmiercią.
— Ja będę mógł! Gdy moje nowe ciało dojrzeje do umysłu wyjdę z podziemi i zapanuję nad legionami umarłych, którzy opuszczą swe groby, by stanąć u mego boku!
— Ale oni będą puści! Ich dusze już dawno odeszły! Nie możesz ich przywołać!
— I co z tego, że będą puści? Ich dusze nie są mi potrzebne.
— Cały czas czekałeś na śmieć kobiety i niemowlęcia razem?
— Tak. Wiesz jak trudno taką znaleźć? A jeszcze trudniej przekonać. Tylko Aurelia się zgodziła, dla ciebie. Stworzyłem dla was to miejsce. Jeśli w to uwierzysz, pojawi się tu wszystko, co sobie wymarzysz.
— Wiesz, że nie mogę ci na to pozwolić, prawda?
— Co? Nie możesz pozwolić mi uwierzyć?
— Nie! Chodzi mi o te legiony.
— Jak masz zamiar mi przeszkodzić? Musiałbyś zabić moje ciało, a ono należało do twojej córki. Nie dasz rady i nie masz broni.
— Jesteś pewny? — James pomyślał i uwierzył. W jego ręce zmaterializował się sztylet, którym przebił serce córki.
— Co? — wychrypiał Pan Podziemi.
Dziewczynka zamrugała błękitnymi oczami, osunęła się bezwładnie na ziemię i rozpłynęła się w powietrzu tak, jak wszystko wokół.
James otworzył oczy. Leżał w szpitalnym łóżku. Miał bandaż na lewej ręce. Odetchnął z ulgą.
— Aurelio, Lauro, jeszcze się zobaczymy… — wyszeptał i zasnął. A śnił o górach i morzach...
— Aurelio, Lauro, jeszcze się zobaczymy… — wyszeptał i zasnął. A śnił o górach i morzach...
Odesłano go do domu, jego ręka nigdy już nie była sprawna. Nie zakochał się ponownie, był wierny zmarłej narzeczonej i córce.
Zamieszkał w górach w jakimś spokojnym miasteczku, w jakimś spokojnym kraju. Tam wiele lat później dołączył do ukochanej i dziecka. Cierpliwie czekał na to spotkanie. Nie śpieszył się ani nie zwlekał. Nie przybył za wcześnie ani się nie spóźnił.
Zamieszkał w górach w jakimś spokojnym miasteczku, w jakimś spokojnym kraju. Tam wiele lat później dołączył do ukochanej i dziecka. Cierpliwie czekał na to spotkanie. Nie śpieszył się ani nie zwlekał. Nie przybył za wcześnie ani się nie spóźnił.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz