środa, 13 maja 2020

Tryptyk o Lustrze III Namiętność

Kochać to niszczyć, a być kochanym, to zostać zniszczonym
Cassandra Clare, Miasto Kości

III NAMIĘTNOŚĆ, czyli o umieraniu



XXI wiek
          Rose mieszkała w wysokim wieżowcu na ostatnim piętrze. Jej rodzicie rzadko tam bywali ze względu na prace wymagające podróży. Jej pokój miał śnieżnobiałe ściany i ciemną podłogę, a na starych drzwiach dawny mieszkaniec wyrył dziwne znaki. Sufit pokrywały malunki tańczących postaci. Gdy była mała przypominały jej wróżki i elfy, ale gdy dorosła  duchy. Na środku znajdowała się ognista róża, płomienie były jej płatkami. W pokoju było wiele standardowych mebli: miękkie łóżko, drewniane biurko, krzesło, szafa, półki, plakaty... ale było też stojące lustro. Matka Rose przywiozła je kiedyś z Rzymu. Miało białą, marmurową ramę ozdobioną złotymi liśćmi laurowymi. Dziewczyna uwielbiała się w nim przeglądać, dostrzegała w nim coś niezwykłego.
          Była błękitnooką blondynką, o dość przeciętnej urodzie. Miała osiemnaście lat i nigdy nie była zakochana, a co za tym idzie  w związku. Całowała się tylko raz, w ciemnym pokoju ze swoim kolegą, podczas gry w prawda lub wyzwanie i było to zaledwie cmoknięcie. Dlatego uczucie, które wzbudzał w niej Steven, przystojny zielonooki brunet z jej klasy, było dla dziewczyny czymś zupełnie nowym. Gdy tylko go widziała na szkolnym korytarzu, rumieniła się i chichotała, a przy nim nie potrafiła wykrztusić słowa. Umierała z rozkoszy na widok jego spontanicznego uśmiechu lub przypadkowego spojrzenia na nią. Przyjaciółka postawiła diagnozę: zauroczenie.
          Jednak przed i żyli długo, i szczęśliwie były dwie przeszkody. Pierwsza to wianuszek uroczych dziewcząt, wiecznie otaczających Stevena i osładzających mu smutny żywot licealisty, druga to sam wybranek Rose, który zwyczajnie nie zwracał na nią uwagi. Dziewczyna w szkole rozpływała się wpatrując w Stevena jak w święty obrazek, a w domu płakała z bezsilności.
          Wszystko zaczęło się w dniu, gdy postanowiła wyznać uczucia Stevenowi. Znalazła odpowiedni moment i zamiast powiedzieć mu, co czuje... uciekła do domu. Wtedy po raz pierwszy odezwała się do lustra. Co prawda na początku kierowała swoje słowa w przestrzeń, ale szybko zaczęły padać w kierunku swojego odbicia. To jemu wyznała swoje uczucia wobec Stevena. Gdy następnego dnia znowu uciekła przed chłopakiem i wróciła do domu, ponownie zaczęła mówić do lustra. Tak jak następnego dnia i następnego...
          Pewnego razu, gdy Rose po raz kolejny wyznawała uczucia odbiciu, usłyszała odpowiedź. Przez kilka pierwszych dni odpowiadało jej głosem, a w końcu przybrało głos Stevena. Dziewczyna zaczęła poznawać ukochanego, który opowiadał jej o sobie. Przestało dla niej mieć znaczenie, że chłopak, z którym rozmawia jest tylko odbiciem. Im bardziej się w nim zakochiwała, tym bardziej kształt w lustrze zaczynał przypominać prawdziwego Stevena.
          Słuchała go godzinami po powrocie ze szkoły, a on opowiadał jej o problemach z rodzicami, szkołą, alkoholem, narkotykami, papierosami, o siostrze w szpitalu psychiatrycznym, o bracie mordercy... O wszystkim. Rose poczuła, że go zna, że go potrafi zrozumieć. Pokochała go. Ale w końcu rozmowy z odbiciem przestały jej wystarczać, pragnęła dotyku prawdziwego Stevena. Dlatego zebrała się na odwagę, z wiedzą o wszystkich jego problemach ominęła wianuszek dziewcząt wokół niego i wyznała mu swoje uczucia. Chłopak nie wiedział, co odpowiedzieć. Rose jednak nie pozwoliła mu milczeć i powiedziała, że rozumie jego problemy. Opowiedziała, że wie o rodzicach, uzależnieniach, siostrze i bracie, że mimo tego wszystkiego go kocha. Ale to były problemy odbicia w lustrze. Steven, z którym w końcu porozmawiała był inny, był szczęśliwy...
          Nazwał ją wariatką. I chociaż przyznał, że mu się podobała kazał jej zniknąć ze swojego życia, zostawić go w spokoju. Powiedział, że powinna się leczyć. Rose się rozpłakała. Gdy biegła do domu, była zrozpaczona, ale gdy tylko weszła do pokoju, ogarnęła ją wściekłość. Dotarło do niej, że została oszukana. Krzyczała bezradnie i płakała. Żądała odpowiedzi i tłumaczeń lustra, ale ono milczało. W końcu uderzyła z całej siły pięścią w lustro tworząc kilka pęknięć.
          Jej dłoń krwawiła, a policzki zalewały łzy. Spojrzała na odłamek utrzymujący się słabo na tafli lustra i uderzyła kolejny raz. I kolejny. Aż całe lustro pokrywała pajęczyna pęknięć, a jej dłonie tonęły we krwi. Wtedy się odezwało. Błagało ją głosem Stevena, by przestała, ale Rose nie słuchała. Uderzała dalej. Odłamki leżały wokół niej. Niektóre większe, inne mniejsze. Dziewczyna nie zwracała uwagi na ilości krwi, którą traciła. Gdy wszystkie lustrzane odłamki znajdowały się na podłodze, wzięła największy kawałek. Przejechała nim po prawym nadgarstku, a potem po lewym. Krew powoli wypływała z ran, a Rose znowu zaniosła się płaczem. Nie mogła znieść myśli, że chłopak, którego kochała uważał ją za wariatkę. Umierała powoli, ale jakaś część jej duszy była szczęśliwa. Udało jej się zniszczyć lustro i od niego uwolnić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz