środa, 20 maja 2020

Tryptyk o Lustrze I Rzym

Roma è così che fa, seduce dall'ingresso
triste come un tango, tra l'oro e il fango

Rzym tak robi, uwodzi od wejścia
smutny jak tango, pomiędzy złotem i błotem
PIOTTA, 7 vizi Capitale

I RZYM



1349 rok
          Lustro miało białą marmurową ramę, ozdobioną złotymi liśćmi laurowymi. Wydawało się chłopcu niezwykle ciężkie, jednak w rzeczywistości było lekkie niczym piórko. Stało na przeciw podwójnych drzwi z ciemnego drewna, na których ktoś wyrył różne symbole. Chłopiec nie znał ich pochodzenia, ale lubił je malować. Nie wiedział też, co one znaczą i dlaczego wybrano akurat te jedne drzwi ze wszystkich drzwi wieży. Jedynie podejrzewał, że ten wybór miał jakiś związek z lustrem. Marco, bo tak się nazywał chłopiec, w ogóle podejrzewał, że cała komnata, ta na samej górze wieży miała związek z lustrem. Jej podłogę stanowiła kamienna posadzka, ciemna i zimna. Ściany były śnieżnobiałe, podobnie jak kopuła, ale na niej namalowano różne tańczące w kręgu postacie. Czasami przypominały Marco duchy, innym razem wróżki i elfy. Na samym środku sklepienia namalowana była ognista róża, płomienie były jej płatkami. Była to najwyższa komnata wieży, która stanowiła jedyny dom chłopca.
          Marco był albinosem. Trupio blady, o czerwonych oczach i białych jak śnieg włosach. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego położenia. Wyjście z wieży było śmiertelnie ryzykowne, dlatego Marco postanowił pozostać w środku na zawsze. Ale zawsze to naprawdę długo...
          Tak naprawdę Marco nie pamiętał, jak się znalazł w wieży. Może się tam urodził? Może ktoś go do niej przyniósł? Na początku, gdy nie potrafił gotować, posiłki się pojawiały. Wieża sama utrzymywała porządek i nie pozwalała chorobom dostać się do środka. Chłopiec szybko doszedł do wniosku, że musi być magiczna. Żył więc w magicznej wieży i walczył z nudą przerysowując w kółko znaki z drzwi do notatników, wpatrując się z zaciekawieniem w postacie z kopuły najwyższej komnaty i siedząc przed lustrem. Lustro natomiast pokazywało mu obrazy. Piękne obrazy pięknych miast. Marco ich nie znał, jednak były to obrazy z renesansowej Florencji, innym razem Wenecji, jeszcze innym Mediolanu, Neapolu, Sieny, Genui, Werony...
          Marco po raz pierwszy zobaczył Rzym, gdy miał trzynaście lat. Czasem był to Rzym za czasów Cezara, innym razem były to czasy jego początków, a jeszcze innym czasy Flawiuszów. Nic, nawet renesansowe Włochy nie zachwyciły Marco tak bardzo, jak okresy królestwa, republiki i cesarstwa rzymskiego. Znaki na drzwiach przestały mieć dla niego znaczenie, a postacie na kopule przestały być niezwykłe. Liczył się tylko Rzym. Uwodził go, zapraszał, a Marco wiedział, że wystarczyło przekroczyć taflę lustra, by znaleźć się w ukochanym mieście. Odkąd zobaczył Wieczne Miasto nic innego już nie chciał widzieć.
          Siódmego dnia od zobaczenia Rzymu Marco nie wytrzymał. Gdy lustro pokazywało rodzinny dom Juliusza Cezara w Suburrze najpierw dotknął delikatnej tafli lustra, a potem przez nią przeszedł. Wprost na zatłoczone, brudne, pełne umierających ulice Rzymu. Rok tysiąc trzysta czterdziesty dziewiąty we Włoszech był rokiem dżumy. Marco rozglądał się wokół jak oszukany chłopiec, którym w rzeczywistości był. Lustro pokazało mu piękną starożytną Suburrę, ale ta, w której się znalazł nie była ani piękna, ani starożytna. Odwrócił się chcąc wrócić do wieży, ale za nim była tylko ulica. Nie było lustra, które by go przeniosło do bezpiecznej, hermetycznej wieży, do jego domu. Nie było odwrotu. Był albinosem w mieście pełnym czarnej śmierci. Był już martwy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz