***
„Wiedziała, że nie wystarczy wypowiedzieć życzenia, aby wszystko znikło”
Melissa Marr, Król Mroku
*18*
Maeve leżała w łóżku. Nie spała. Jej myśli krążyły wokół króla. Opętały ją jednocześnie lęk przed utratą wolności i pragnienie odzyskania go. Jej ludzka natura ścierała się z naturą wróżki, zakorzenioną głębiej niż mogłaby się tego spodziewać. Z jej oczu popłynęły łzy.
Ja nie chcę!, krzyczała w myślach.
Chciała uciekać, ale w jej sercu zrodził się bunt. Ona i król byli sobie przeznaczeni.
Nie. Nie przeznaczeni. Stworzeni..., pomyślała.
Przestała płakać. Musiała chociaż spróbować go odzyskać. I tak zasnęła. Z myślą o swoim ukochanym królu.
Niebo wróżek o poranku było znowu piękne i Maeve odetchnęła z ulgą. Nie zapowiadały się w najbliższym czasie kłopoty z wróżkami Dzikiego Łowu. A to oznaczało, że król nie będzie potrzebował ochrony Rihamon.
Z delikatnym uśmiechem wyszła z domu i skierowała się do parku. Było tam mnóstwo wróżek, ale żadna nie dość silna, by mogła zostać rozpoznana, nawet po ataku dzikiego łowu. Większość nie pamięta tego, co robiła i kogo widziała, gdy wszystko wróci do normy. W duchu odetchnęła z ulgą. Wystarczało nie zdradzić się, że się je widzi i nie było kłopotu.
Tak naprawdę nie była pewna czy, gdyby się ujawniła znowu ściągnięto by ją do ich świata, jednak Maeve nie chciała ryzykować. Nawet teraz, gdy wróżki mogłyby jej pomóc znaleźć króla. To było jej zadanie, a ona nie ufała im. Bycie królową nie oznacza bezpieczeństwa. Wielu dużo by poświęciło, żeby móc pozbawić króla i ją życia.
Maeve lubiła ten park. To była jedyna przestrzeń wróżek, którą lubiła. Trawa była niekoszona od lat, a rośliny bez opieki rozrosły się na ścieżki. Tworzyły tunele, tajne przejścia. Wróżka nie wątpiła, że to miejsce skosztowało magii, codziennie się zmieniało. Droga, którą szła jednego dnia, następnego mogła prowadzić zupełnie inaczej. Park był bezpieczny. Wiele razy widziała jak tłumi złe zachowania wróżek. Miał swoje humorki. Czasem więził je w ziemi albo drzewach, a kiedy indziej przenosił na zewnątrz. Dla Maeve i nielicznych odwiedzających go ludzi zawsze był miły. Dlatego to tam wróżka chodziła w trudnych sytuacjach, żeby się wyciszyć. Teraz też tego potrzebowała.
Była prawie pod bramą, gdy ktoś na nią wpadł. Przelotnie spojrzała w błękitne, a zarazem złoto-kocie oczy.
Ja nie chcę!, krzyczała w myślach.
Chciała uciekać, ale w jej sercu zrodził się bunt. Ona i król byli sobie przeznaczeni.
Nie. Nie przeznaczeni. Stworzeni..., pomyślała.
Przestała płakać. Musiała chociaż spróbować go odzyskać. I tak zasnęła. Z myślą o swoim ukochanym królu.
Niebo wróżek o poranku było znowu piękne i Maeve odetchnęła z ulgą. Nie zapowiadały się w najbliższym czasie kłopoty z wróżkami Dzikiego Łowu. A to oznaczało, że król nie będzie potrzebował ochrony Rihamon.
Z delikatnym uśmiechem wyszła z domu i skierowała się do parku. Było tam mnóstwo wróżek, ale żadna nie dość silna, by mogła zostać rozpoznana, nawet po ataku dzikiego łowu. Większość nie pamięta tego, co robiła i kogo widziała, gdy wszystko wróci do normy. W duchu odetchnęła z ulgą. Wystarczało nie zdradzić się, że się je widzi i nie było kłopotu.
Tak naprawdę nie była pewna czy, gdyby się ujawniła znowu ściągnięto by ją do ich świata, jednak Maeve nie chciała ryzykować. Nawet teraz, gdy wróżki mogłyby jej pomóc znaleźć króla. To było jej zadanie, a ona nie ufała im. Bycie królową nie oznacza bezpieczeństwa. Wielu dużo by poświęciło, żeby móc pozbawić króla i ją życia.
Maeve lubiła ten park. To była jedyna przestrzeń wróżek, którą lubiła. Trawa była niekoszona od lat, a rośliny bez opieki rozrosły się na ścieżki. Tworzyły tunele, tajne przejścia. Wróżka nie wątpiła, że to miejsce skosztowało magii, codziennie się zmieniało. Droga, którą szła jednego dnia, następnego mogła prowadzić zupełnie inaczej. Park był bezpieczny. Wiele razy widziała jak tłumi złe zachowania wróżek. Miał swoje humorki. Czasem więził je w ziemi albo drzewach, a kiedy indziej przenosił na zewnątrz. Dla Maeve i nielicznych odwiedzających go ludzi zawsze był miły. Dlatego to tam wróżka chodziła w trudnych sytuacjach, żeby się wyciszyć. Teraz też tego potrzebowała.
Była prawie pod bramą, gdy ktoś na nią wpadł. Przelotnie spojrzała w błękitne, a zarazem złoto-kocie oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz